Dziennik już-nie-pokładowy. Epilog

Jak to mówią: Krótka chwila i zwracasz.. ekhm.. wracasz. Tym razem niestety chwila zdecydowanie nie była krótka. Po pożegnaniach na statku poszliśmy do gdyńskiej cukierni na pączki, a potem prosto na dworzec. Pociąg o 12:57 do Warszawy okazał się pociągiem do Łodzi o 11.15, z którego mieliśmy wysiąść w Kutnie i przesiąść się na pociąg do Warszawy. Gdyby wszystko było takie proste… Choć trzeba przyznać, że na początku szczęście nam dopisało ponieważ grupa łódzka jechała tym pociągiem co my (albo my tym pociągiem co oni, w każdym razie udało nam się załapać na jeden z zarezerwowanych przez nich przedziałów).
W pociągu okazało się, że przedział łódzki występuje w kolejnym odcinku Żaru Tropików, u nas jest raczej optymalnie, a ludzie siedzący na korytarzu odbywają swoją prywatną ucieczkę na Alaskę (niekoniecznie z własnej woli). Pierwsze 2 godziny podróży minęły raczej spokojnie, poza drobnymi wyjątkami, kiedy to jeden z braci M. postanowił przejść (razem ze swoimi skarpetkami) na jasną stronę mocy ;). Potem nastąpiła segregacja. Na tych grających i tych śpiących. Śpiący zostali przesiedleni do Żaru Tropików, a grający zostali w klimacie optymalnym. Nucąc w głowie: Tacy sami, a przedział między nami, dojechaliśmy do Kutna. Tu okazało się, że mamy czekać 40 min. na pociąg do Warszawy.
W międzyczasie krążyły też plotki, że pociąg jest opóźniony ok. 15 min. ale jeśli o to chodzi, to każda Pani z Kasy miała swoją wersję wydarzeń. W myśl zasady, że bez ryzyka nie ma zabawy bracia M. postanowili wygrać wyścig z czasem i pobiec po pizzę (bo przecież nie jedliśmy nic od 10 godzin). Na szczęście pociąg faktycznie okazał się spóźniony i udało nam się wsiąść do niego w pełnym składzie. Znaleźliśmy nawet pusty przedział. Co prawda sześcioosobowy, a była nas siódemka, ale nie takie przeszkody się pokonywało. Po ok. 40 minutach jazdy już wiedziałyśmy z Martyną, że nie zdążymy na kolejny etap Przesiadki do domu. Ona o 19:30 miała PKS do Buska Zdroju, ja o 19:21 – pociąg do Radomia. Dobrze, że Koleje Mazowieckie jeżdżą w miarę często, a ostatnia deska ratunku do Boskiego Zdroju odjeżdża o 20:15 z Alei Jerozolimskich, które (na szczęście!) okazały się po prostu Placem Defilad. I tak, Warszawiacy wysiedli w Warszawie, Wado pojechała bezpośrednim do domu, a ja miałam ostatnią przesiadkę w Radomiu (na szczęście już prosto do samochodu osobowego, nucąc w głowie: Ciągle w drodze, kiedy koniec – nie wiem!). W każdym razie, lekko po północy każde z nas mogło w końcu powiedzieć: Wróciłem/łam! :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s