Dziennik pokładowy cz. III, O Prawie Dżungli i końcu świata

20.12.2012 r.
Płyniemy. (Paulo Coelho)
I już wiemy, że dobra impreza jest tylko wtedy, kiedy jest z nami Dilmah i ZAPIEKANKI.
Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem przygotowań do końca świata. Kiedy wieczorem dopłynęliśmy na Hel, poszliśmy do Kuttra na wieczorek integracyjno-wspominkowy, podczas którego jedni ujawnili swoje talenty tekściarsko-muzyczne, drudzy głęboko zastanawiali się nad tym, gdzie się podziały tamte krawaty (do sklarowania), trzeci utwierdzili się w przekonaniu, że źle wybrali, a Marabut dowiedział się co to jest suchar. Po wieczorku część załogi wróciła na statek aby grać w Prawo Dżungli i/lub śpiewać, a reszta poszła na Hel, bo skoro jutro ma być koniec świata, to po co tracić czas na siedzenie w kubryku, skoro można przejść się po ośnieżonej plaży w mroźny grudniowy wieczór. (Och, jak romantycznie!)

21.12.2012 r.
Otóż opcje są dwie: innego końca świata nie będzie! albo jak twierdzą niektórzy: według Grudniów koniec świata będzie w maju. Jak to mówią: pożyjemy, zobaczymy. Póki co nie pozostaje nam nic innego, jak cieszyć się z faktu, że jesteśmy nieśmiertelni (i to NIE po alkoholu!).
Poza tym, że świat się nie skończył, czekał nas dzień jak co dzień. Śniadanie, rejony, wachty, obiady i… zdjęcia! Na bukszprycie. (Nie)stety, do niektórych nie przemówił nawet argument, że jest z nami Mokra Dilmah. Cóż… może gdyby góra lodowa pojawiła się na horyzoncie… :P
Pogoda tego dnia była piękna, a nasz oficer dbał o to, byśmy byli dobrze wyedukowani w każdej sferze. Nie tylko w weterynarii. Kierując się zasadą czytaj dzieciom 20 min. dziennie, codziennie, przytaczał nam najbardziej wartościowe fragmenty Księgi trudnych pytań tudzież Pytań nurtujących młodzież (tom 1/100 + odpowiedzi) albo innej książki o równie hm… bogatej zawartości. Wskutek tego wiemy już, że co by się nie działo, trzeba nad sobą panować, bo tylko spokój może nas uratować (w oryginale: aby przestać się masturbować, musisz nad sobą panować).
Kiedy wieczorem dopłynęliśmy do Gdyni, rejs nieuchronnie zbliżał się do końca. Sklarowaliśmy jacht, a wieczór spędziliśmy czytając poezję kapitana, śpiewając i jedząc ciasto.
A rano? Pakowanie, sprzątanie, żegnanie, przytulanie i do domu wracanie.

Oby do szybkiego zobaczenia!

Ale… To jeszcze NIE koniec! Epilog już jutro.
fot. Tomala
156108_404959449575006_1747059295_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s