Dziennik pokładowy cz. II, O Ronne, Mokrej D. i paznokciach

18.12.2012 r.
Śniadanie i znowu sucharologia stosowana. To właśnie tego dnia dowiedzieliśmy się, że w zasadzie to… Źle wybraliśmy.
Oprócz tego cały dzień towarzyszyły nam złote myśli niejakiego (nijakiego?) Paula C. Zgodnie stwierdziliśmy, że każdy z nas odbył kiedyś swój prywatny walk of shame, będąc styranym jak domki w Czeczenii. Cieszył fakt, że w naszej wachcie mieliśmy zdecydowanie więcej żeglarzy niż rzyglarzy.
Podczas gdy wachta druga dawała upust swoim kulinarnym zapędom piekąc przeróżne warianty ciast z okazji zbliżającej się wizyty w Ronne, my wdawaliśmy się w coraz bardziej idiotyczne (z całym szacunkiem) dyskusje. Ale przecież mentalnie jesteśmy w gimnazjum, w tym wieku nie rozmawia się na poważne tematy ;)
Igła kompasu się nie zbuntowała, GPS też nie wywiódł nas w pole, więc w środowe popołudnie dopłynęliśmy do Ronne, gdzie przywitał nas Troels.
Nasi duńscy przyjaciele zwiedzali statek pod okiem wykwalifikowanych przewodników :D, a następnie odbyło się przekazanie światełka skautom. Później udaliśmy się do kościoła metodystycznego, by wspólnie odśpiewać Cichą Noc. Po powrocie zaprosiliśmy wszystkich na śpiewanki i poczęstunek w kubryku. Po „imprezie” wachta I postanowiła zagrać w Prawo Dżungli. Ofiar śmiertelnych nie było.

19.12.2012 r.
Dalej w Ronne! Dziś Troels i jego przyjaciel, którego imienia nie zdradzę (bo nie pamiętam?) zabrali nas na zwiedzanie miasteczka. Zobaczyliśmy rynek, latarnię morską, mnóstwo Ważnych Uliczek, najmniejszy duński dom, najpopularniejszy kościół, budynek teatru, córkę kolegi Troelsa i zakład fryzjerski, w którym pracuje, dom, w którym urodził się kolega Troelsa i wiele innych atrakcji.
Oprócz tego był czas na odwiedzenie sklepów z pamiątkami, zakup TYCH rękawiczek, pójście na plażę czy zrobienie zdjęć z rąsi. Albo z samowyzwalacza ;). Nie da się ukryć, a nawet trzeba odkryć, że Dania jest magiczna, a ludzie niesamowicie serdeczni. Czas szybko mija, obiad szybko się zjada, ani się obejrzeliśmy, a już trzeba było odpływać. Dostaliśmy zapas słodyczy na drogę, łapówki ciasteczkowe poszły w ruch. Aż żal było wracać.
Kiedy już wyszliśmy w morze, wachta I zarządziła TeaTime na pokładzie. Niektórzy próbowali nawet ofiarnie dogonić swoje torebki z herbatą, które wzięły i wyszły (za burtę). Tego dnia na wachcie nawigacyjnej dołączyła do nas Mokra Dilmah… i już z nami została. Nie tylko do końca rejsu, ale jeszcze długo po nim. A jak to się stało? Sytuacja pozornie prosta: Rafał B. & Miśka robią herbatę w kambuzie. Rafał wyciąga jedną torebkę herbaty, potem drugą…a druga… jest wilgotna. Na co R.: O, mokra Dilmah! A niczego nieświadoma Miśka: Co? (w domyśle: to jakaś hinduska kurtyzana?) I tak oto Mokra D. zagościła w naszej załodze na stałe.

Dygresja: Chcesz mieć niekonwencjonalny kształt paznokci? Polecam czyszczenie fug
w zawiasowej łazience. Paznokcie w wersji zaczepnej, zadziornej i zaczepno-obronnej gwarantowane! //Sadko.

Kolejny odcinek już wkrótce!

286444_4098866279376_1917028255_o

Zdjęcie z aparatu Wado.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s